• infozoomguide

W sewilskich pałacach

Mówię odwiedzającym Sewillę turystom i przyjaciołom, żeby koniecznie zahaczyli podczas zwiedzania o któryś ze starych pałaców w mieście. Zazwyczaj nie widzę na ich twarzach cienia entuzjazmu. Nie mogę uwierzyć, więc zaczynałam produkować lawiny zachwytów: piękny, wspaniały, bajkowy. Ceramika na ścianach, bukoliczne ogrody, anegdoty o dawnych mieszkańcach, zakochasz się od razu. Naj!

Jeśli ktoś decydował się na wizytę, to bardziej dlatego, żeby nie było mi przykro niż z przekonania. A ja nie rozumiałam dlaczego. Kiedy wchodziliśmy, widziałam na twarzach gości, że wyszło na moje. Zauroczenie zaczynało się od pierwszej bugenwilli, od pierwszych kroków między patiami.

Ostatnio Ania pomogła mi zrozumieć skąd ten brak szczerego podekscytowania na słowo „pałac”. Zamknijcie oczy. Pomyślcie: „pałac”. Wyobraźcie go sobie. Macie to?

No więc właśnie nie! Pałac w Sewilli to nie to, co myślicie, to zupełnie inne doświadczenie.

Pierwsza zasadnicza kwestia: architektura pałacowa na południu Hiszpanii wywodzi się ze wzorców architektury rzymskich willi i arabskich rezydencji, architektury pomyślanej w najściślejszym związku z lokalnymi uwarunkowaniami klimatycznymi, gdzie tylko rośliny, woda i przewiew mogły uratować mieszkańców przed morderczymi letnimi upałami. Kto miał więcej środków, ten skuteczniej i z większą elegancją się ratował.

Andaluzyjski pałac można by porównać do lekkich parawanów postawionych w wielkim ogrodzie, do otwartych pawilonów przewiewanych bryzą tworzącą się pomiędzy wieloma otwartymi zielonymi przestrzeniami. Patia, ogrody, warzywniki, sady. A w nich cieniste chłodne pokoje ze ścianami zdobionymi panelami z ceramiki, które wyglądają jak rozwieszone wszędzie orientalne kilimy.

Pałac andaluzyjski to nie tylko wnętrze, ale i zewnętrze, oba przenikające się wzajemnie, sączące jedno w drugie przez ażurowe lambrekiny łuków, przez zazdroski w ścianach, portyki i podcienia, przez otwarte na oścież okna i drzwi.

Kolejną cechą andaluzyjskiego pałacu, wynikającą ściśle z jego rzymsko-arabskiej genezy, jest celowe wygrodzenie go z ruchliwych ulic tkanki miejskiej. W tradycji muzułmańskiej domy były zamknięte od zewnątrz prostymi solidnymi murami (pozbawionymi praktycznie okien), właściwie identycznymi w budynkach najskromniejszych i najbogatszych. Miało to swoje wytłumaczenie praktyczne - dawało lepszą izolację termiczną; oraz symboliczne, etyczne - chełpienie się bogactwem, pokazywanie go na zewnątrz uznawano za oznakę moralnego zepsucia. Sewilskie pałace, również te budowane w erze chrześcijańskiej, wyglądają od ulicy jak co najwyżej dostojniejsze domy, zlewają się z zabudową innych fasad. Kontrast pomiędzy tym niewiele obiecującym zewnętrzem, a wnętrzem jest więc uderzający. Mało kto, wchodząc do pałacu sewilskiego spodziewa się, że za wysokimi murami, kilka metrów od ruchliwych ulic miasta, znajdzie autentyczny rajski ogród. Wrażenie bycia w równoległym świecie, wyjęcia z codzienności, krótkiej podróży do niemożliwie zmysłowej bajki - tak czujemy się wewnątrz tych niezależnych kosmosów, w których rządzą ptaki, koty, fontanny i kwiaty.


Zwiedzenie najpiękniejszych sewilskich pałaców jednego dnia to znakomity pomysł, uderzeniowa dawka andaluzyjskiego przepychu rozumianego jako możliwość zapomnienia o chaosie miasta i zanurzeniu się w leniwej, gęstej atmosferze rezydencji-ogrodu.


Zaczynam od Las Dueñas z jego sadem cytrusów, z kolorowymi kannami i różami, palmami, fikusami, ścianą pokrytą bugenwillą. To jedyny pałac na mojej trasie, gdzie pokoje są wciąż wyposażone. Pałac należy do rodziny Alba, szczęśliwych posiadaczy rewelacyjnej kolekcji starej sztuki. Spacerujemy pokojami zazdroszcząc duchom dawnych księżnych spokojnych popołudni z mrożoną lemoniadą i gruchaniem gołębi, lektury w głębokich fotelach z widokiem na flamandzkie dywany, a przez okno - na rozrośnięte różane krzewy.



Wychodzę z pałacu i zaznaczam powrót do rzeczywistości pijąc kawę na placu Los Terceros. Miasto dudni jak zwykle.

Kilkaset metrów dalej, w głąb dzielnicy Santiago znajduje się Casa Pilatos - Dom Piłata. Jest około południa, ale w Sewilli powietrze jeszcze cały czas jest poranne i wilgotne. Ciemna sień, kupuję bilety i kilka metrów dalej patrzę już na pnące się po ścianach obezwładniająco fioletowe puchate bugenwille wysokie na kilkanaście metrów. XVI-wieczny właściciel pałacu zgromadził tu wybitny zbiór rzeźb starożytnych, które stoją rozproszone między dziedzińcami, ogrodami, pokojami - tak jak powinny stać klasyczne rzeźby w willach, dla których je tworzono: jak przyjemne dekoracyjne elementy, bez muzealnej kanonizacji. Wyjątkowe zestawy XVI-wiecznych płytek ceramicznych zdobią ściany sal od posadzki do sufitu - koktajl kolorów, uroczy teatr parawanów odsłaniających i zasłaniających wspaniałe, jedne z najpiękniejszych w Andaluzji ogrody.



Znowu wracam do miejskiej rzeczywistości i idę na obiad. Dla większego kontrastu może to być obiad w barze, gdzie je się w ścisku, w hałasie, na stojąco. Może Aguilas, dwa kroki od domu Piłata, może jeden z barów przy placu Salvadora.

Obiad musi być lekki, nie obciążać głowy i nie odbierać energii, bo po południu najpiękniejszy sewilski pałac i wzór dla wszystkich innych pałaców: Alkazar. Rezydencja budowana przez muzułmańskich kalifów (choć po tej niewiele zostało) i chrześcijańskich władców zauroczonych muzułmańską architekturą. Finezyjna bombonierka zdobiona stiukowymi arabeskami, mozaikami z kolorowych płytek, z patiami i sadzawkami, oraz ogrodami, w których można się z premedytacją ukryć i dać zamknąć strażnikom. Wolę chodzić do Alkazaru po obiedzie, kiedy turystów jest mniej, a cienie i kolory wyostrzają się w popołudniowym świetle.



To moja ulubiona konstelacja sewilskich pałaców. Można dodać jeszcze krótkie odwiedziny w Palacio de los Pinelo i skończyć w kawiarni hotelu Casas de la Judería na placu Santa María la Blanca.

O ile nie ulegliśmy pokusie ukrycia się przed ochroną i spędzenia nocy wśród mirtowych żywopłotów w Alkazarze.

65 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie